poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział XXII

-Harry? - za zakrętu dobiegał głos Tomlinson'a. Sądziłem, że to koniec, że już ma mnie dość. Szczerze? Nie dziwiłbym mu się. Zawsze to ja wszystko pierdole. Zawsze ja wracam i to zawsze ja za wszystko przepraszam. Nikt nie umie ze mną wytrzymać. Myślałem, że mnie opuści. W tak trudnej chwili w moim życiu. A jednak, poszedł za mną. Wrócił po mnie. Tak bardzo się cieszę, że jednak mu zależy na mnie.
Stałem chwilę w miejscu aż nagle usłyszałem duży huk. Przestraszyłem się.
- Louis? - biegłem jak najszybciej w stronę jego domu. Najgorsze myśli pałętały się po mojej głowie. Zauważyłem dwa auta, był wypadek. Wielka panika, ludzie zbierali się wokół patrząc co się stało. Wyciągali ciała z samochodów. Nie był to mały wypadek. - Louis? Louis! - krzyczałem bo wiedziałem, że wyszedł na dwór ale go nie widziałem. Rozglądałem się wszędzie nie widziałem go. Podszedłem bliżej zdarzenia. Krzyczałem nie widziałem go. Moje myśli to był jeden wielki koszmar. Nie umiałem go znaleźć. Trzymałem się za głowę patrząc na część wypadku. Ludzie wszystko zasłaniali. Ja się bałem, nie wiedziałem co zrobić. Szybko przebiegłem na drugą stronę ulicy. Widziałem jak ktoś zbiera go z ulicy. - Louis! - szybko podbiegłem. Był cały brudny a jego noga nie wyglądała najlepiej. Wziąłem go na ręce i podziękowałem tamtej osobie.
-Hazz tak bardzo przepraszam, wyszedłem żeby pójść za tobą, wybiegłam na ulicę i... - był wykończony. Byłem cały zapłakany. Ktoś zadzwonił po pogotowie. Usiadłem na ziemi i trzymałem go na kolanach - tak bardzo przepraszam - zamykał oczy a z moich leciały łzy. - mam dość, nie czuję się dobrze.
-Tommo słuchaj mnie. Popatrz na mnie. Wiesz, że wszystko będzie dobrze tak? Rozumiesz? wiem, że tak. Pamiętaj że musimy jeszcze do wesołego miasteczka jechać. Pamiętasz jak było fajnie? - zyskiwałem na czasie opowiadając mu różne rzeczy. Karetka nie przyjeżdżała, była policja ale ani śladu lekarzy.
- Harry.. - zaczął mówić zamykając oczy - wiem, że będziesz zły ale... - robił głębokie wdechy i wydechy - kiedyś bawiłem się twoim telefonem.... byłeś tam. Na filmiku, śpiewałeś jakąś piosenkę. Możesz mi zaśpiewać. Proszę? poczułbym się wtedy lepiej  i to bardzo - jego głowa cały czas wypadała mi z dłoni. Zgodziłem się, jeśli to miało mu pomóc mogłem zaśpiewać.
- Don't let me...don't let me... don't let me go couse i'm tired of feeling alone - śpiewałem po cichutku do jego ucha mając nadzieje, że jak najszybciej przyjadą lekarze. Śpiewałem dalej aż nagle przyjechała karetka. Zabrali go, nie pozwolili mi jechać z nim. Głos syren, płacz rodzin ludzi z wypadku, krzyki innych, i ten cały szum..... zatracałem sie w widoku małego wozu, który oddalał się coraz bardziej i bardziej aż nagle zniknął.
Nigdy bym się tego nie spodziewał. Byliśmy tacy szczęśliwi a teraz co? Louis ma wypadek przez naszą głupotę. Nie pozwolę mu odejść, nie teraz. Za żadne skarby. Zrobię wszystko co w mojej mocy by dalej był szczęśliwy. Oddam wszystko za niego. Nie ważne jaka będzie cena tego ja to zrobię. Tak bardzo mi na nim zależy. Moje serce jest w rozsypce. Nie wiem co się dzieje. To tylko jeden głupi dzień a tak mi zrujnował życie. Ale ja się nie poddam, nie tak łatwo i bez walki. Uratuję go i nasz związek. Nawet gdyby miało by to kosztować moje życie.
Policjant poprosił mnie żebym sie odsunął od miejsca wypadku. Ja zakłopotany poszedłem do domu Louis'a. Usiadłem na fotelu i zacząłem mówić sam do siebie. "Boże Harry, coś ty narobił? To była głupia sprzeczka o coś. Mogłeś go puścić, a nie przetrzymywać dlatego że nie chcesz być sam. Ty jebany samolubie. Patrz co teraz narobiłeś! Jedź do niego! Przysięgam... jeśli cos mu się przez to stanie i nie wyjdzie z tego zabije się." Wstałem, poszukałem kluczy i szybko pojechałem do szpitala.
-Dzień dobry, Louis Tomlinson? która sala?
-A pan to kto?
-Jego bliski przyjaciel.
-2 piętro. Poczeka Pan tam chwilę bo ma prześwietlenie. Jak lekarz wyjdzie wtedy można się spytać co mu jest. Pokój 216. - podziękowałem i udałem się na góre. Usiadłem na krzesło i czekałem z niecierpliwością. Nie wiedziałem co myśleć. Czekałem zalany łzami. "A co jeśli z tego nie wyjdzie? Co ja wtedy zrobię? Stracę go na zawsze. Nie mogę tak myśleć! Proszę Panie Boże niech on wyjdzie z tego, nie chce aby on już do ciebie odszedł. Ja go potrzebuję tutaj na ziemi. Potrzebuję go bo się gubię. Wiem, że napotkałeś nas ponieważ miałeś jakiś plan. Proszę nie psuj nam tego, my po prostu chcemy być razem szczęśliwi. Nie zabieraj mi go, błagam. Nie dziś, nie w takiej sytuacji. " nie umiałem się z tym pogodzić. Usłyszałem otwieranie drzwi. Zobaczyłem lekarza.
-Przepraszam panie doktorze. Nazywam się Harry Styles, jestem bardzo bliskim przyjacielem Louis'a moge się dowiedzieć co mu jest?
- Przepraszam Panie Styles ale takie rzeczy są chronione. Mogę powiedzieć to tylko jego rodzinie i to pod jego zgodą.
-Czy pan serio mówi? Widzi pan kogoś ze mną? Nie! Louis nie ma bliskiej rodziny, jestem sam. My jesteśmy sami. Nie ma nikogo innego niż mnie więc gadaj pan co mu jest - Zdenerwowałem się unosząc głos na lekarza a wszyscy się na mnie dziwnie patrzeli.
-Ok, tak więc nie ma szczególnego urazu. Teraz jest nie przytomny ale to tylko przez szok. Za niedługo się wybudzi. Ma złamaną nogę. Dokładnie kolano, przez jakiś czas będzie miał gips. Mam nadzieję że zajmie się pan nim, panie Styles.
- A mogę do niego wejść?
-Tak, tyle, ze będzie musiał pan poczekać. Dopiero wybudzi się za jakieś dwie, trzy godziny. Może nawet później. Dla niego to wielki szok, niczego się nie spodziewał. Proszę wejść ale po cichu.
-Dziękuję - wszedłem do środka. Zauważyłem go leżącego na łóżku. Miał ten cały sprzęt przyczepiony. Usiadłem na krzesło obok niego. Wziąłem do ręki jego dłoń i wtuliłem się w nią. Najgorszy był dźwięk tego całego ujstrojstwa. "Piip, piiiiiip, piiiip...." Chciałem to wyłączyć, nie znoszę tego dźwięku od kiedy mój tato zmarł. Była podobna sytuacja, siedziałem w szpitalu trzymając jego dłoń aż nagle "piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii......" . Nagle znalazło się w pokoju dziesięć tysięcy ludzi, mnie stamtąd wyrzucili aż nagle odszedł. Odszedł i nie wrócił. Nigdy już nie wróci. Dlatego nienawidzę szpitali, boję się tego, że to może się powtórzyć. Nie chce żeby tak się stało z Tommo. Potrzebuję go tutaj, on nie może odejść. Nie teraz, nie gdy ja jestem z nim i go potrzebuje. On dopiero zaczyna życie. Dopiero poznał mnie i zaczyna czuć że żyje. Nie może teraz odejść, ja na to na pewno nie pozwolę.

3 komentarze:

  1. zatrzymało mi na chwilę oddech! mam nadzieję, że Lou wyjdzie z tego! musi z tego wyjść! ~ @IamCarrotLou

    OdpowiedzUsuń
  2. hahah w każdym z opowiadań które czytam jest to że Lou miał wypadek i leży w szpitalu xd To jest chyba 4 hahah. Rozdział świetny i oczywiście czekam na następny! @Ruszcyca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahahaha no sorki ale kurde za nic w świecie nie miałam pomysłu na rozdział. Mój brat powiedział "to weź no coś zrób że ma wypadek czy coś, tak dla emocji" haha no i dałam xD

      Usuń